Moja Etna – wejście na wulkan

Etna – czynny wulkan, moje „must see” na Sycylii.

Jak wyglądała moja wspinaczka?

Z KATANII DO SCHRONISKA

Poprzedni dzień spędziłyśmy w uroczych Syrakuzach. Plan na kolejny dzień to Etna. Tego dnia wstałyśmy z samego rana, żeby udać się odpowiednio wcześnie na dworzec. Od niedawna tylko tam i tylko w dniu wyjazdu można kupić bilet na autobus do schroniska położonego u stóp wulkanu. Autobus ma podjechać na prowizoryczny przystanek autobusowy o 8.15. Jesteśmy dużo wcześniej, ale nikt z mieszkańców nie jest w stanie powiedzieć, gdzie możemy kupić bilet. Każdy wskazuje inną możliwość, ostatecznie udaje się nam kupić bilety, by za chwilę wtoczyć się do autobusu. Całą drogę umila nam przewodnik, który opowiada o Etnie, a także zaczepia każdego podróżnika.

W drodze na dworzec w Katanii – stamtąd jeżdżą autobusy w stronę Etny
PODRÓŻ DO SCHRONISKA

Po drodze coraz częściej pojawiają się szarobure widoki. Drzew jakby coraz mniej. Mijamy też dom, który kiedyś został zalany lawą. W powietrzu czuć, że w każdym z nas zaczyna pojawiać się waleczna dusza, by wejść raz dwa na wulkan. Dojeżdżamy. Przewodnik mówi gdzie się kierować, autobus wypluwa powoli wszystkich ludzi. Jedni idą na kolejkę, drudzy rozpoczynają wejście, a jeszcze inni nie mogą się zdecydować jak się ubrać. Ubrałam się na cebulkę, polską cebulkę 🙂 U podnóży wulkanu Etna zaczyna świecić przyjemne słońce, robi się ciepło, ale w głowie mam myśl, że na górze będzie potężny wiatr. Dziś w mieście miało być 23*C, a w okolicach Etny tylko 1*C.  Jestem zmarzluchem. Decyduję się na wzięcie grubszego szalika. Na początku przeklinam, że się tak grubo ubrałam; na górze jednak dziękuję, że przytaszczyłam każdy ciuch ze sobą…

POCZĄTEK WSPINACZKI

Jestem na wysokości 1900 m. n. p. m. Początek drogi jest szokiem, łapię co chwilę oddech, by za chwilę przyzwyczaić się do wysiłku. Świeci piękne słońce, przed nami rozpościera się widok kolejki, ale my dumnie kroczymy przed siebie. Przed nami mnóstwo innych wspinających się. W pewnym momencie zauważam, że jestem ostatnia. Nie przejmuję się, przecież nigdzie mi się nie śpieszy… chociaż w duchu przeliczam skrupulatnie trasę, żeby zdążyć na jedyny powrotny autobus… Powtarzam sobie, że nie muszę wejść na sam szczyt, a z drugiej strony mam takie małe pragnienie by się udało jak najdalej.

ROZGOTOWANE KOPYTKA WCHODZĄ NA WYSOKOŚĆ 2500 M. N. P. M.!

Pierwsza stacja znajduje się na wysokości 2500m.n.p.m. Nigdy nie byłam tak wysoko. Gruziński klasztor Cminda Sameba w Stepancmindzie miał 2170m.n.p.m. Nawet dwudniowe wejście na Szczyt Czerskiego w górach rejonu bajkalskiego na Syberii to „tylko” 2090m.n.p.m. Drogowskaz pokazywał 1 godz. i 50 min. do kolejnego schroniska. Rozbieram się, ubieram, co chwilę oczyszczam popsute zatoki, ale udaje mi się wejść w 1h40min. Moje nogi są jak rozgotowane kopytka! Mam ochotę wyzionąć ducha…

…ale wolę delektować się widokami. Jest pięknie! Jestem z siebie dumna.

Obserwuję ludzi, którzy odpoczywają, jedzą, robią zdjęcia. Na tarasie schroniska jest mnóstwo krzeseł. Biorę jedno i stawiam je przy samym końcu tarasu. Powoli zauważają mnie inni, również biorą krzesła i dołączają. Pierwsze 5 minut patrzę się przed siebie i nie wierzę, że tu jestem.

GORĄCA HERBATA

Kontrolując czas zjadam kanapki. Robi się wietrznie, więc mam ochotę na gorącą herbatę. To moja najdroższa w życiu herbata! Uwielbiam jednak momenty delektowania się herbatą w górach. Nie żałuję więc 3 euro za kubek herbaty i chłonę jak gąbka każdy moment. Delektuję się każdą chwilą. Zerkam na spektakl chmur, które płyną po niebie. Robię mnóstwo zdjęć i uwielbiam każde z nich.

ZAPACH SIARKI

Czas się kurczy, więc trzeba ruszać dalej. Pełna sił, ale też kilka kanapek cięższa ruszam dalej. Dalsza droga nie jest już tak stroma. Idę po drodze, pod nogami już nie osuwają się kawałki zaschniętej lawy. Jest przyjemnie. Ponoć w powietrzu można wyczuć zapach siarki. Może gdybym nie miała zatok jakich mam to bym czuła 😀 Idę wzwyż drogą dla jeepów, kiedy kolejny z nich mnie mija, mam ochotę podłączyć się pod niego… Robi się coraz chłodniej. Jestem zmęczona i mam ochotę się rozebrać, by za chwilę założyć wszystko co mam, bo wieje taki wiatr, że ledwo przenoszę nogę o 30 cm do przodu…

JEDNODNIOWA KLUSKA

Z daleka wyglądam jak jednodniowa kluska, taka trochę już oklapła, ale jednak jeszcze do zjedzenia. Taka, która ma coraz mniej siły, ale dzielnie jeszcze walczy. Podejście nie jest wysokie, ale w połączeniu z brakiem kondycji, przeziębieniem i najgorszym wrogiem – wiatrem – daje trochę popalić. Do 2900mnpm już tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Jestem na 2750mnpm i patrzę na zegarek. Czasu coraz mniej. Nie wiem jak długo będę schodziła (choć zawsze idzie mi to zdecydowanie sprawniej niż wejście i lubię ten etap wspinaczki), więc wraz ze znajomą decydujemy się na powrót.

Nie chcemy ryzykować, że nie zdążymy na jedyny autobus do miasta, który odjeżdża o 16.30. Jest listopad, w okolicach wulkanu niewiele osób mieszka, więc nie chcę ryzykować drogi powrotnej autostopem. Szybciej robi się ciemno. A ja powoli mam ochotę na gorący prysznic i łóżko.

ZEJŚCIE Z ETNY

Decyduję się na powrót drogą dla pojazdów – jest dłuższa, okrężna, ale zdecydowanie bardziej utwardzona, mniej stroma, co ma duże znaczenie przy ślizgających się kawałach lawy pod stopami.. Pogoda staje się chimeryczna. Zmienia się momentalnie jak momentalnie kobieta potrafi zmienić zdanie.

Kiedy dochodzę do schroniska, gdzie trochę wcześniej się delektowałam widokami – tym razem już nie zauważam nic. Nic poza ciemnoszarymi chmurami. To sygnał, że czas się zbierać dalej, może być ciężko w takiej mgle schodzić. Droga się dłuży, robi się coraz chłodniej, coraz zimniej, coraz ciemniej.

MGŁA

Momentalnie pojawia się mgła, idę do przodu choć nic nie widzę. W pewnym momencie gubimy widok kolejki, który był naszym drogowskazem. Droga dla jeepów jest bardzo długa. Nie miałam informacji ile czasu zajmuje ona piechotą. Spotykamy po drodze dwójkę innych ludzi. Uff, nie jesteśmy same. Zauważamy, że skręcają z głównej drogi. Decydujemy się skrócić drogę i schodzić prosto w dół. Zagadujemy do towarzyszy. Są z Ukrainy. Przed oczami nic nie widać. Schodzimy prosto, udaje się nam przeciąć drogę dla jeepów. Nie wiem jak długo jeszcze będziemy schodzić.

Czuję lekki stres. Czy dojdziemy do parkingu? Uda się na czas? Nie zboczymy z drogi? Widoczność jest fatalna, jestem głodna, zmęczona, jest zimno i mokro. Ale nie narzekam. Choć lubię narzekać gdy mi zimno. Tak po prostu mam. Może być deszcz, może być upał, ale jak mi jest zimno to koniec świata. W tej mgle właśnie czułam się jak na końcu świata.

CHWILE ZWĄTPIENIA

Miałam chwilę zwątpienia czy dojdziemy do bazy zanim zrobi się zupełnie ciemno. Ale kiedy jesteś na wulkanie to nie zadzwonisz do znajomego, żeby Cię podwiózł. Sturlać się po lawie też byłoby ciężko. Trzeba po prostu iść przed siebie. Nawet jeśli tego „przed siebie” nie widać… Zauważamy kolejkę. Uff. Jesteśmy na dobrej drodze. Pojawiają się przebłyski życia na tym wulkanie – rośliny – znak, że jesteśmy dość nisko. W oddali pojawia się schronisko. Dziękujemy sobie za wspólne zejście i udajemy się do restauracji, by skosztować nalewki z mango 🙂 Należało się nam 🙂 Mamy jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu. Może gdybyśmy potrafiły oszacować drogę to udałoby się dojść do 2900m.n.p.m. Bo tam teoretycznie kończy się wspinaczka. Ale po co gdybać? Na takiej wysokości pogoda jest nieprzewidywalna. Nie mam żadnego poczucia niespełnienia, że doszłam tylko do 2750m.n.p.m.

Bezpiecznie wturlałyśmy się do autobusu, by za chwilę paść ze zmęczenia. To był dobry dzień.

O informacjach praktycznych możecie przeczytać w TYM WPISIE. Dane z 11.2018 r.

8 Replies to “Moja Etna – wejście na wulkan”

    1. Trzeba się wcelować w czas, gdy nie wybucha 😀 Miesiąc po mojej wspinaczce, w grudniu 2018 – znowu wybuchła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *